**********
"...nie odrodziła się, mimo tego, że zawsze Wiosną było tam moc kwiatów."
Rok 2010. W niewielkim miasteczku Cleveleys* przy południowym brzegu Wielkiej Brytanii toczyło się spokojne życie. Była to raczej wiejska miejscowość znajdująca się na obrzeżach i nie prowadziło przez nie bezpośrednie połączenie z innymi, większymi miastami. Lecz było to naprawdę piękne miejsce - rozległe łąki, pola, las, a nawet wartki strumień który z kolei wpadał do jeziora z którego czerpano wodę pitną - woda była krystalicznie czysta. Aż nastał dzień 25 Lipca. Tego dnia do miasteczka wjechało 10 dużych ciężarówek. Było to coś dość niespotykanego, ponieważ to nie było duże miasto i raczej rzadko panował większy ruch na ulicach.
Mieszkańcy zaczęli wyglądać z domów, aby zobaczyć co się dzieje. Była to niedziela, a więc większość ludzi przebywało spokojnie w domach. Na dotychczas pustą łąkę, która służyła jako miejsce przeróżnych zabaw dzieci, wjechały ciężarówki. Zaczęto rozkładać wysokie na 3 metry ogrodzenie. Niektórzy wyszli z domów, aby podejść i zapytać co się dzieje. Niestety, nie uzyskali konkretnej odpowiedzi. Pracownicy powiedzieli że są tu na zlecenie burmistrza i niech tutejsi nie przeszkadzają im w pracy. Wywołało to poruszenie wśród ludzi, wszyscy próbowali się skontaktować z burmistrzem, ale prędko okazało się, że burmistrz wyjechał.
Mieszkańcy zaczęli wyglądać z domów, aby zobaczyć co się dzieje. Była to niedziela, a więc większość ludzi przebywało spokojnie w domach. Na dotychczas pustą łąkę, która służyła jako miejsce przeróżnych zabaw dzieci, wjechały ciężarówki. Zaczęto rozkładać wysokie na 3 metry ogrodzenie. Niektórzy wyszli z domów, aby podejść i zapytać co się dzieje. Niestety, nie uzyskali konkretnej odpowiedzi. Pracownicy powiedzieli że są tu na zlecenie burmistrza i niech tutejsi nie przeszkadzają im w pracy. Wywołało to poruszenie wśród ludzi, wszyscy próbowali się skontaktować z burmistrzem, ale prędko okazało się, że burmistrz wyjechał.
Po 3 tygodniach widać było zza płotu jakieś wysokie urządzenia. Zaczęły krążyć plotki do czego mają one służyć. Pracownicy na budowie nie kontaktowali się z mieszkańcami. Gdy ciekawskie dzieci próbowały zajrzeć przez szczeliny w ogrodzeniu, bądź jakoś się na nie wskrabać, szybko były przepędzane przez budowniczych.
Po następnych 10 tygodniach widać było odjeżdżające z miejsca budowy ciężarówki. Gdy w końcu zaczęło znikać ogrodzenie nie było już tam niczego, ale ziemia wyglądała inaczej. Trawa była sucha, jakby... potraktowana jakimiś detergentami na niezwykle dużym obszarze. Co prawda można było zrzucić winę Jesień, która już panowała, ale.. to nie było to. Nawet gdy ogrodzenie już zniknęło, dzieci przestały się bawić w tym miejscu, tłumacząc rodzicom, że jest w nim coś niepokojącego... Zatrucie powoli objęło całą łąkę, która wyschła i nawet jak już nastała Wiosna - nie odrodziła się, mimo tego, że zawsze Wiosną było tam moc kwiatów.
A co się stało z burmistrzem? Tego nie wie nikt. Niedługo później w miejscu jego starego domu pojawiło się ogłoszenie "Na sprzedaż". Były plotki, że ktoś mu zapłacił aby się usunął i wyjechał daleko, ale kto wie ile w tym prawdy...
Zaniepokojeni stanem łąki rodzice dzieci ogrodzili łąkę niewielkim płotem i postawili znak "Zakaz wstępu", aby się nic przypadkowo nie stało ich pociechom. Nikt jeszcze nie podejrzewał co mogło być powodem "zatrucia".
**********
No, to właśnie mój prolog. Już mam mały plan opowiadania i mam nadzieję że to mi się uda ;). Czas pokaże.
*Nazwy miast w tym opowiadaniu, nie będą miały szczególnego znaczenia - po prostu potrzebowałam czegoś dobrze brzmiącego, nie odnoście treści do tego gdzie naprawdę znajduje się to miasto ;p.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze mile widziane :).